Moje publikacje, Pozostałe, Z nory - opowiadanie, Andrzej Szeremet - strzelectwo myśliwskie, szkolenia, obozy strzeleckie, strzelania weekendowe, filmy instruktażowe, książki, polowanie, łowiectwo - www.szeremet.pl

Z nory - opowiadanie

Po strzale koza zaznaczyła i powoli pociągnęła w zagajnik. Mój kolega Grzegorz miał kiepska minę bo któż lubi takie sytuacje. Farby było niewiele i poszukiwanie postrzałka na czarnej stopie mogło by być problematyczne gdyby nie fakt że towarzyszyły nam dwa niezłe psy. Mój zaprawiony w starciach z lisami krótkowłosy jamnik "Nabój" i doskonała jagterierka Grzegorza "Doksa". Koza została przez nią znaleziona zanim zdążyłem dojść ze swoim psem którego miałem w samochodzie. Nie było by w tym nic dziwnego gdyby nie tajemnicza mina Grzegorza kiwającego na mnie ręką i prowadzącego mnie kilkanaście metrów za miejsce gdzie leżała sarna.
-Popatrz , świeże- rzekł pokazując mi lisią norę na wyłysiałej drągowinie. Na świeżym piasku wywalonym w potężną hałdę przed norą widniał świeży lisi trop informujący że lokator właśnie zajął swoje lokum. Obszedłem miejsce z pewnej odległośći i zlokalizowałem jeszcze dwa okna ale niezbyt daleko umieszczone od głównego wejścia do lisiej posesji.
Spróbujemy? zapytał Grzegorz.
Odpowiedż mogła być jedna, był tylko mały problem, że nie miałem broni śrutowej a tylko sztucer. Sytuację wyjaśnił mój kolega oferując mi swój dryling.
Ja wezmę twój sztucer i połażę za kozami a ty weż dryling bo coś się chyba przestawiło mi w lunecie i postój tu sobie, może coś z tym twoim jamnikiem zwojujecie- jakoś bardzo lekko powiedział i podał mi dryling ładując go śrutem i dokładając kulę .
- Ty się na tym dobrze znasz a ja będę tylko przeszkadzał wyjaśnił.
- To na wypadek jakby ci zabrakło - dodał z uśmiechem podając mi jeszcze jeden nabój śrutowy. po czym wziął mój sztucer i poszedł polować na sarny.
Jamnik cały czas podczas trwania naszych ustaleń wietrzył niecierpliwie. Obłamałem parę gałęzi, gdzie spodziewałem się ewentualnych strzałów , wybrałem miejsce gdzie będę stał , przymierzyłem się parę razy z nie swojej broni i odpinając psu obrożę pomyślałem , ale ten Grzegorz frajer taka zabawa a on poszedł kozy strzelać.
Pies natychmiast zanurkował do głównego wejścia za chwilę zobaczyłem go w drugim oknie co momentalnie wyzwoliło ruch podnoszenia broni , znikł i zaczęło się. Oszczek przybierał na sile i byłem już w 100% pewny, że zaraz będzie strzelanie. Pies był na "całe województwo sławny i nie tylko". Lisowi w norze zwłaszcza gdy współpracował z drugim moim psem suką "Czinka" dawał dwie możliwości albo lis wyjeżdżał sam cały, albo była to jego ostatnia walka w życiu po której był wynoszony na powierzchnię często w kawałkach z których pierwszym była nieodmiennie część lisiej kity. Zwycięstwa te były przypłacane często dużymi okaleczeniami tak że czasami postanawiałem że więcej psa do nory nie puszczę ale wspólna pasja zwyciężała. Pies z czasem nabrał potężnego doświadczenia i kontuzje były coraz mniejsze.
A pod ziemią kipiało , raz z lewej raz z prawej strony nory ... i nagle jest - z najdalszego okna jak pociąg pośpieszny z tunelu szaleńczym susem wyparował lis i spadłszy na stawki wyrywał do zbawczej gęstwiny. Przykryłem go lufą i bach! , leży. Sekundę po strzale za lisem wypruł "Nabój" i już go tarmosił za gardło. Dobra nasza, pomyślałem gdyż lisiura należał niewątpliwie do, jak to nazywaliśmy "sołtysów" czyli lisów okazałych ponad miarę. Już miałem łamać broń gdy z drugiego okna po cichutku korzystając z zamieszania, na paluszkach, po angielski, wysunął się drugi lis i nikomu nie wadząc chodu. O bratku pomyślałem poczekaj i były już dwa.
Wszystko było by sie niewątpliwie zakończylo gdyby nie fakt że po strzale pies wjechał do nory i ...... no własnie i znowu sie zaczęło. Tym razem trwało to trochę, doładowałem darowany nabój, trochę cienki bo ze srutem nr 4 i stoję. Szczekanie raz słychać raz nie , aż znowu po paru przewalankach w norze, zapóżniony już trzeci lokator na gapę opuścił domowe pielesze i trochę kiepsko strzelony bo po tyle usiłował się jeszcze poczołgać w krzaki. Pies odbił sobie na nim wszystkie swoje norowe kontuzje dodławiając go, w czym mu zupełnie nie przeszkadzałem bo to przecież były jego lisy. Trochę byłem zaskoczony takim rozwojem sytuacji gdyż trzy lisy tak na dzień dobry, a było to jeszcze przed cieczką to było nie byle co. Zwłaszcza, że lis był wtedy i w modzie i co tu mówić w cenie. Dobry lis to były niezłe miesięczne pobory lub lepiej cztery kartony amunicji.
Moje już w miarę realne marzenia o strzeleckich przewagach na strzelnicy przerwało przyjście Grzegorza. Już z daleka wołał.
-A do czego tyś tak walił?
-Popatrz - pokazałem.
-o kurczę lis - zawołał gdy zobaczył pierwszego
o jasna cholera drugi !
- o ja cię .... tu nie dokończył - trzeci . Skąd one się tu wzięły? zapytał
Popatrzyłem na niego jak na głupiego - jak to skąd? z nory.
z jakiej nory - wypalił Grzegorz - przecież te ślady na piachu to zrobiłem ja, tymi palcyma i tymi rencami rozumiesz. Zrozumiałem, chciał sobie popolować i stworzył sytuację w której z chęcią oddałem mu swój sztucer w zamian za jego żle przestrzelany dryling. Wiedział że za możliwość zapolowania na norze oddałbym każdą broń. Jako doskonały znawca lisów - miał jedną z największych hodowli w okolicy Nowej Soli precyzyjnie zrobił palcami ślady lisich stawek a resztę już znacie. bobik z lisami

                                          


2009-03-06 08:41:02
cofnij powrót
Copyright © by Andrzej Szeremet 2009. All rights reserved. Odwiedzin od 1.03.2009 - 898757
powered by A-NET bielsko