Moje publikacje, Pozostałe, „Potrzask", Andrzej Szeremet - strzelectwo myśliwskie, szkolenia, obozy strzeleckie, strzelania weekendowe, filmy instruktażowe, książki, polowanie, łowiectwo - www.szeremet.pl

„Potrzask"

 

                                    
                                                           
      Pomiędzy szpargałami zalegającymi dno nie sprzątanej od lat szuflady znalazłem zawieruszoną tam fotografię. Pomięta i wyblakła była jednak na tyle wyraźna i świeża aby momentalnie przybliżyć minione lata. Przedstawiała mężczyznę w mundurze ze strzelbą na ramieniu, w myśliwskim kapeluszu. Do paska strzelby przymocowana była odznaka „Strażnik Łowiecki". Twarz mężczyzny drobna, szczupła z nie golonym parodniowym zarostem patrzyła z tej fotografii niby z uśmiechem, niby z kpiną. I tylko te oczy. Patrzyły jakby z politowaniem, może z jakimś drobnym żalem. Patrzyły dokładnie tak jak wtedy, kiedy pewnego mroźnego ranka stanęliśmy nad złapanym kłusownikiem. On jako strażnik w OHZ, ja jako jego kierownik. Nawet po tych 30 latach jakie minęły od tamtego wydarzenia muszę powiedzieć, że była to sytuacja zaskakująca, wręcz niesamowita, a to co się wtedy rozegrało warte jest opowiedzenia.Swoją przygodę ze strzelbą rozpocząłem dosyć wcześnie bo w wieku 12 lat. Potem, kiedy 18-tka zbliżała się nieuchronnie szansa na zostanie myśliwym przyszła niespodziewanie. Wywieszka w akademiku informowała, że powstające Koło Łowieckie „Remiza" we Wrocławiu zaprasza na zebranie sympatyków. Reszta potoczyła się samorzutnie, egzamin, zakup broni itd. Specjalizacja z zakresu hodowli zwierzyny łownej umożliwiła mi podjęcie pracy w Polskim Związku Łowieckim na stanowisku kierownika OHZ w N. Po stażu poprzedzającym okres zatrudnienia, zjechałem z całym dobytkiem przewiezionym samochodem marki „Syrena" przez mojego przyjaciela Marka M. do wynajętego mieszkania na wsi leżącej na terenie ośrodka. Należało zatrudnić strażników, otworzyć konto, wyrobić pieczątki - słowem rozpocząć działalność Ośrodka podlegającego Zarządowi Głównemu PZŁ w Warszawie. Stanąłem przed obliczem szefa ZG PZŁ dr Jerzego Krupki, gdzie otrzymałem sporą porcję wytycznych popartą przelewem określonych zasobów finansowych na rozruch przedsiębiorstwa. Wytyczne zawierały sporo określeń typu: zorganizować, urządzić, wzorcowo, prawidłowo itd. Na koniec spotkania padło dosyć istotne zdanie, które szef podkręcając sumiastego wąsa przekazał w formie niby przestrogi, niby zachęty:
-Z kłusownikami ostrożnie, z głową i zdecydowanie a gdyby były kłopoty meldować mi natychmiast.
Kłopoty zaczęły się od razu. Właściwie to były zawsze, tylko może nie chciano ich wcześniej widzieć lub może zgoła nie zauważono. Będąc od rana do wieczora i od wieczora do rana w łowisku i mając do pomocy doskonale ułożonego psa dosyć często znajdowałem miejsca po skłusowanej zwierzynie chwytanej przeważnie na wnyki. Obok tego rodzaju kłusownictwa miałem i innych wspólników o czym świadczyły słyszane od czasu do czasu w nocy strzały. Sprawa posiadania dobrych strażników zaczynała być paląca. Brak nadzoru przez ostatnie półrocze rozzuchwalił kłusowników, którzy zaczęli przyjeżdżać jak po swoje. Moja ciągła obecność w terenie trochę stonowała ten proceder ale...
Było to chyba w maju 1972 roku krótko przed sezonem na rogacza lub w końcu kwietnia. Miałem zatrudnionego jednego strażnika ale na 12 tyś. ha było to za mało. Staliśmy akurat przed sklepem w jednej ze wsi leżących na terenie Ośrodka jedząc świeżo kupione wiktuały gdy mój pracownik trącił mnie nieznacznie i wskazując głową na nadjeżdżającego rowerem mężczyznę szepnął jedno słowo.
-         „Siwy".
Nadjeżdżający postawił rower i podszedł do nas. Przywitał się z moim strażnikiem z którym był chyba w dość dobrej komitywie i spojrzał na mnie. Zrobiłem krok w jego stronę i wyciągnąłem rękę witając się. Bąknął pod nosem swoje nazwisko przyglądając mi się badawczo a właściwie mojej strzelbie, którą miałem na ramieniu.
Chłop był postawy raczej drobnej, żylastej, mierzył gdzieś ze 165 cm, ubrany był byle jak w jakiś stary mundur z demobilu. Twarz pociągła z charakterystycznymi głęboko osadzonymi oczyma, wąskie usta, nos wyraźny, lekko wystające kości policzkowe, włosy lekko przyprószone siwizną. Łapę miał jednak jak na swój wzrost silną. Prawdę mówiąc to trochę inaczej wyobrażałem sobie tego najgroźniejszego kłusownika jakiego miałem na obwodzie. Uprawiający swój proceder z dziada pradziada (pochodził gdzieś spod Zakopanego) nigdy nikomu nie dał się chwycić. Żył na kocią łapę z całkiem przystojną kobietą prowadząc 11 ha gospodarstwo. Dzieciaków mieli trzy kategorie: jego, jej i wspólne razem 9 sztuk. Było więc do wykarmienia 11 gęb. Być może właśnie z tego powodu udział zwierzyny łownej na stole „Siwego" był koniecznością przeżycia. Od naszego pierwszego spotkania minęło kilka dni, podczas których roztrząsałem dylemat, czy może by nie zaproponować Siwemu roboty na Ośrodku. Grzybała - nowoprzyjęty strażnik, gdy mu o tym niby tak od niechcenia wspomniałem popatrzył na mnie jak na niespełna rozumu i powiedział.
-         To tak jakbyś Pan wilka do owczarni wpuścił - i pokiwał znacząco głową nad moim
pomysłem.
Mnie jednak pomysł ten nie dawał spokoju. Decyzję przyśpieszył fakt spotkania przypadkowo na drodze żony Siwego, której podczas jazdy rowerem spadł łańcuch. Przy naprawianiu łańcucha co trwało chwilą wywiązała się rozmowa niby o niczym, niby o tym i o tamtym ale w końcu zadałem pytanie.
-         A do roboty by Wasz chłop nie chciał przyjść do mnie?
Kobiecina popatrzyła na mnie podobnie jak niedawno mój strażnik gdy mu powiedziałem o swoim pomyśle zatrudnienia Siwego ale odparła wzruszając ramionami.
A kto go tam wie, gadaj przecie pan z nim. Po chwili dodała.
-         Pewnie, każdy grosz by się przydał. Widać było jednak, że mój pomysł mocno ją
rozbawił. Żegnając się obiecała przekazać mężowi moją niby propozycję.
Od spotkania z żoną Siwego minął tydzień i nic się nie działo. Minął następny i kiedy myślałem, że moja propozycja nie trafiła celu stało się inaczej.
Wracałem akurat z ramowego obchodu, kiedy przed chałupą zauważyłem rower a następnie Siwego siedzącego na ławeczce i palącego skręta. Podniósł się na mój widok, ściągnął kapelusz i stanął w wyczekującej postawie. Przywitaliśmy się i weszliśmy do biura.
No więc jak, decyduje się pan na przyjście do mnie do roboty? - zapytałem.
Siwy zmiął w ręku kapelusz i patrząc gdzieś w kąt pokoju zapytał.
A niby co ja miałbym robić u pana, szkoły specjalnie nie mam, co byś pan niby
chciał? - wycedził. Widać ten przyjazd nie był mu w smak i został spowodowany namową
żony.
Wie pan,-
zacząłem    organizuję    Ośrodek,    kłusowników    pełno    a    roboty    sporo.    Trzeba by tego wszystkiego przypilnować - zacząłem niepewnie.
Mógłby pan zostać strażnikiem na Ośrodku. Poszukalibyśmy jeszcze jedną osobę i
razem z Grzybała chyba byście dopilnowali i roboty i porządku - dokończyłem.
-Siwy drgnął i popatrzył na mnie dziwnie.
Jakim to strażnikiem? - zapytał jakby chciał usłyszeć potwierdzenie tego co przed chwilą powiedziałem.
No, strażnikiem łowieckim - szybko wyjaśniłem.
 - Trzeba przecież strzelać psy, koty, rozumie pan - dodałem.
A niby czym? - zapytał niepewnie.
-         Jak to czym? - zapytałem z kolei ja - strzelbą.
Chwila ciszy i potem jakby coś w nim pękło.
-         No wie pan, strzelby to ja nie mam a tak na kupno to i grosza nie będzie tyle - cicho
powiedział.
Zrozumiałem, że właśnie dotarło do niego to co mu dawałem do zrozumienia. Będzie miał strzelbę, legalną, prawdziwą. Będzie mógł z nią jeździć, strzelać, ba - zaprowadzać łowiecki porządek. To było przecież marzenie jego życia. Stał i nic nie mówił. Cisza przeciągała się. Jednego byłem pewien: był mój. W moich rękach była teraz przyszła strzelba. Stał więc i czekał.
-         O to niech się pan nie martwi - powiedziałem. - Kupimy panu dobrą służbową strzelbę, mundur, będzie pan jak na swoim, rozumie pan.
Kiwnął głową - jeszcze nie wierzył.
-         Ale kochany panie jeden warunek - dodałem.
Popatrzył na mnie jakbym wznosił przed nim jakaś przeszkodę, nie do przebycia. Kto wie, może pomyślał, że jednak żartuję z niego. Stał i patrzył bojąc się jakby cokolwiek powiedzieć, żeby nie odsunąć tej szansy, która mu się trafiła.
-         Z kłusownictwem koniec, znajdę jeden wnyk albo jedne patrochy na pana obejściu i leci pan z roboty. Pan też święty nie jest, ma pan to i owo na sumieniu. Kolegów też ma pan rożnych - wypaliłem.
Popatrzył na mnie wtedy tak jakby dziwił się, że na jego obejściu będzie jakieś kłusownictwo kiedy on będzie pilnował.
Zostawi pan to mnie, z tym sam sobie poradzę - odparł.
No więc co, umowa stoi? - zapytałem.
Stoi - odparł i podał mi nagle rękę. Podałem mu swoją, ścisnął mocno i dodał.
Zrobimy tu porządek zobaczy pan.
No to jest już nas dwóch pomyślałem i jak się później okazało nie pomyliłem się ani o jotę.. Tak zaczęła się moja znajomość z Siwym, która z biegiem czasu przerodziła się w prawdziwą myśliwską przyjaźń. Sprawy załatwienia zezwolenia na zakup broni przeciągnęły się dość długo ze względu na Siwego. Właściwe organa Milicji Obywatelskiej długo nie chciały wydać zezwolenia, aż wreszcie decyzja zapadła wyżej i upragniony wniosek przyszedł załatwiony po mojej myśli. Być może zaważyły też zasługi Siwego dla utrwalania władzy ludowej. Okazało się przy kompletowaniu danych osobowych, że Siwy był strzelcem wyborowym Baligrodzkiego Pułku Piechoty w 1946 r. Świadectwo ukończenia kursu strzelców wyborowych z wynikiem bardzo dobrym było dla Siwego najważniejszym po metryce urodzenia dokumentem w jego życiu. Pojechałem do Wrocławia i w sklepie „Jedności Łowieckiej" na ulicy Kołłątaja. zakupiłem trzy służbowe dubeltówki w tym jedną piękną Sauerkę kaliber 12. Przydźwigałem cały ten majdan z przystanku do biura i jeszcze nie zdążyłem zamknąć drzwi gdy zjawił się Siwy. Przywitał się służbowo i cały czas spoglądał na leżące na stole w futerałach strzelby. Nie miałem serca trzymać jego ciekawości w cuglach i kazałem mu złożyć i przeczyścić broń.
Wyjął poszczególne egzemplarze z futerałów jakby były ze szkła i poskładał je. Przyniosłem przybory do czyszczenia i wkrótce w stojaku stały trzy odczyszczone strzelby.
Powstał jednak dylemat komu przydzielić którą broń. Wypadało losować, ale sprawę rozwiązał Siwy. Postawił swoim kolegom odpowiednią ilość gorzałki i tym samym zyskał pierwszeństwo wyboru broni.
W następnym dniu zarejestrowałem w województwie strzelby i zaopatrzony w stosowne imienne zezwolenia na ich posiadanie wróciłem do biura. Strażnicy przyjechali na 17-tą. Przydzieliłem im broń, którą pokwitowali, wydałem zezwolenie, strażnicy wyszli. Za moment zapukano do drzwi i stanął w nich Siwy. Widocznie coś zapomniał pomyślałem. Ale myliłem się. Siwy stanął przede mną, zaczął coś stękać i w końcu się przemógł.
- Ja, ja będę panu wierny jak pies, zobaczy pan - wyrzucił z siebie. - Za to żeś mi pan zawierzył ja tych wszystkich skurwysynów wyłapię co do jednego. Pan mi tę strzelbę... - tu widocznie coś go zatkało, stał chwilę jakby chciał coś jeszcze dodać i nagle złapałmnie za rękę, pocałował ją i szybko wyszedł z domu. Przyznam, że zatkało mnie ale jak się szybko okazało było to zero w porównaniu z tym co miało nastąpić w przyszłości a właściwie za parą godzin. Było dobrze po północy, gdy psy wszczęły alarm. Wyszedłem - przed drzwiami stał Siwy. Co za piorun? - pomyślałem. Otworzyłem drzwi wpuszczając strażnika do środka. Siwy stuknął obcasami jak w wojsku. Strzelbę przewieszoną miał przez ramię a na pasku błyszczała wyczyszczona do absolutnej doskonałości odznaka „Strażnik Łowiecki". Zwariował chłop czy co, przeszło mi przez głowę. Wszystko to odbyło się bardzo szybko i zanim otworzyłem usta Siwy wyrecytował.
-Panie kierowniku, melduję, że Jaśkowiak i jego kolegi skłusowali dzika, siedzą terazu Teśli na górze piją i jedzą świeżynę. Majom dwa karabiny i samopał, dzwoń pan po policję.
Nic dodać, nic ująć. na moje pytanie czy aby jest tego pewien spojrzał na mnie w ten swój sposób, że dałem spokój.
O 2.30 podjechaliśmy z milicją pod chałupę Teśli.
Tam jest dziura w plocie, wejdziemy od tyłu, drzwi som niezawarte. Schodków będzie szesnaście i na górze w prawo objaśnił Siwy.
Było tak jak mówił. Wpadliśmy na górkę razem z milicją jak w najlepszym sensacyjnym filmie. Zaskoczenie było kompletne.
          
Trzech podpitych siedzących za stołem, jeden napity leży pod, świeżo poćwiartowany dzik i dwa KBK-i stojące w kącie były dowodami wystarczającymi aż nadto. Gdy tak staliśmy
naprzeciw siebie Siwy zrobił dwa kroki do przodu i chwytając Jaśkowiaka pod szyję wycedził mu w oczy.
Mówiłem ci skurwysynu żebyś na moje nie chodził. Pójdź jeszcze raz a nie wrócisz z lasu.-
Zrobiła się taka cisza, że słychać było lecącą muchę. To nie była pogróżka, to nie były rzucone na wiatr słowa. To w ich kręgu było pewne jak dwa razy dwa. Jeśli ktoś w to nie uwierzy to nie wróci do domu. Stało się wszystkim jasne, całemu kłusowniczemu światku, że nastały rządy Siwego i albo on albo oni.Sprawę potraktował Sąd Powiatowy z dużą jak na owe czasy surowością, zapadły wyroki i życie zaczęło biec dalej. W rewirze Siwego zaszły obiecane zmiany. Wsie leżące na jego obejściu zostały opalikowane. 100 m od chałup stały w równym rzędzie co jakiś czas paliki. Była to granica życia i śmierci wsiowych psów i kotów. Ten, który przeszedł ową granicę stykał się niezawodnie z zerówką Siwego. Ilości strzelonych przez strażnikapsów i kotów były zaskakujące do tego stopnia, że stały się przedmiotem kontroli inspektora ZG PZŁ a spotkanie wałęsającego się psa czy kota było sporym wydarzeniem. Kontrola nie wykryła nieprawidłowości. Byłem zadowolony z nabytku. Odmiennego zdania była kobieta Siwego klnąc mnie, że namówiłem jej chłopa do tej roboty bo nic tylko siedzi cięgiem w lesie. Jednak przynoszone systematycznie przez męża wypłaty i premie w końcu j ą udobruchały.
Przyszedł sierpień i na Ośrodek przejazdem przybył sam Prezes ZG PZŁ dr Jerzy Krupka. Towarzyszył mu jego serdeczny przyjaciel, członek ZG pułkownik B. Omawiając wieczorne wyjście zaplanowaliśmy zostanie do późna, gdyż księżyc był przed pełnią. Właśnie zarejestrowałem odstrzały, kiedy przyjechał Siwy. Zameldował się służbowo i czekał. Szef z zaciekawieniem obejrzał strażnika od stóp do głów, pogratulował, poklepał po ramieniu co wyraźnie ośmieliło Siwego do tego stopnia, że zaczął rozmawiać z pułkownikiem odnośnie jego myśliwskich planów na wieczór.
-Mam w odstrzale dwa dziczki i rogacza - określił się pułkownik - może strzelimy jakiegoś dziczka, noc długa - dokończył patrząc na strażnika.
-         Zaś tam co byśmy robili tak długo. Dopisz pan panie kierowniku jeszcze ze dwa świnioki to je strzelimy i przed dwunastom będziemy fertig - odpowiedział Siwy.
Szef, ładując akurat fajkę, żachnął się i będąc widocznie w przypływie dobrego humoru podsumował.
-         Strzelcie chociaż jednego dzika to będzie dobrze.
Siwy spojrzał na szefa z tym swoim niby uśmiechem. Jego łowieckie umiejętności zastały wyraźnie zlekceważone i to przez samego szefa polowaczki jak sam nazywał szefa PZŁ. Ważył coś chwilę i w końcu wyraźnie określił swój status profesjonalisty.
-Panie dochtorze jak ma być cztyry to będzie a jeden bydzie duży. Oby tylko pan pułkownik nie spudłił.
Pułkownik strzelec doskonały żachnął się naśladując gwarę Siwego.
-Zaś tam będziemy pudłować, pięć strzałów i pięć leży - podsumował mrugając do szefa. Szef-myśliwy w każdym calu, nigdy nie lubił tego rodzaju wyścigów ale, że dzików było dużo a szkody ważyły o sytuacji finansowej ośrodka machnął ręką i zakończył dyskusję.
-         Za każdego dzika Józiu - rzekł zwracając się do pułkownika - ja tobie koniak za brakującego ty mnie.
Zanim cokolwiek powiedzieliśmy Siwy wtrącił.
-Trza jechać, roboty mamy huk.
I pojechali, my też.
Szef strzelił niezłego rogacza a że był zmęczony nie chciał długo polować więc stosunkowo szybko wróciliśmy na Ośrodek. Kolacja, trochę opowieści i zrobiło się grubo po północy. Naszych myśliwych nie było widać.
-Coś im chyba nie poszło, pewnie nic nie mają- zawyrokował szef.
Jeszcze dobrze nie skończył, gdy wyżeł Boy pierwszy zaczął szczekać a za nim wszystkie psy w boksach. Wyszliśmy przed dom ale nic się nie działo. Dopiero po chwili doszły nas jakieś odgłosy a po pewnym czasie z ciemności wynurzył się koń, potem wóz powożony przez kobietę Siwego a na wozie pułkownik i strażnik weseli nad podziw.
 Szef podszedł do wozu i normalnie go zatkało. Pokręcił głową , spojrzał z jakimś dziwnym niedowierzaniem na Siwego i pokiwał głową
- gratuluję nie ma co , nie doceniłem Pana- rzekł zwracając się do Siwego. Ten zaś był już w siódmym niebie Na świerkowych gałęziach leżały rogacz i cztery dziki z czego jeden miał grubo ponad setkę a wystające szable kazały się domyślać medalu. Opróżniona flaszka koniaku mówiła sama za siebie. Siwy jako lepiej trzymający się na nogach zeskoczył i zameldował służbowo o rozkładzie. Pułkownik zaś po kilku bezskutecznych próbach opuszczenia kozła zakończonych sukcesem pokiwał głową i rzekł.
-Jureczku takiego polowania nie miałem i nie będę miał, chyba, że z Panem – tu objął wymownie Siwego.
-Rozumiesz, on te dziki miał zamówione -.
             Opowieściom nie było końca. Rogacza strzelili dosyć szybko, no a potem zaczęli zabawę z dzikami. Wyjechali jak to określił pułkownik jak po swoje. Odyniec zajął im więcej czasu bo wyszedł prawie godzinę później, ale wyszedł.
               Dwa tygodnie póżniej polecony list z nagłówkiem ZGPZŁ zawierający dokument świadczący że Siwy jest już starszym strażnikiem łowieckim z uposażeniem wyższym o ..... świadczył dobitnie, że egzamin przed okiem dr Jerzego Krupki został zaliczony z wynikiem celującym.   
         Las był dla Siwego domem. Zwierzyna była oczywiście jego, zaś zagajniki i ostoje to były takie jego obórki i chlewnie jak mi często tłumaczył. Był moim pierwszym nauczycielem tych tajników polowaczki o których nie wyczyta się w żadnych podręcznikach. On pokazywał jak stawia się wnyki, jak chwyta kunę w paści , gdzie trzeba siąść a gdzie w ogóle nie warto szukać zwierza. Miał coś co kazało go szanować i podziwiać jego profesję. Miał tego myśliwskiego nosa który nigdy go nie zawodził, ten leśny zmysł. Wielokrotnie podczas mojej zawodowej przygody ze strzelbą dziękowałem mu w duchu korzystając z jego lekcji które dawał mi w tamtych czasach. A dawał mi je szczerze jakby chcąc się odwzajemnić za to zaufanie jakim go obdarzyłem dając mu do ręki wymarzoną broń i okazje do polowania, legalnego polowania. Być może będzie jeszcze okazja, żeby opisać kilka ciekawych epizodów ale teraz chcę, po przedstawieniu czytelnikom Siwego opisać zapowiedzianą historię.
 Bezpośrednią przyczyną mającego się odbyć zdarzenia był zakup psa Tarzana. Tarzan został kupiony przez strażników za cztery piwa. Był w 3/4 wyżłem szorstkowłosym a w reszcie nie wiadomo czym. Sprawdzian nastąpił zaraz po zakupie, którego dokonano przy piwiarni, która z kolei położona była przy „Domu Rolnika", skąd kupowaliśmy siatkę ogrodzeniową dla Ośrodka. Do transakcji doszło w przerwie między kursami samochodu, którym odwoziłem siatkę. Przy kolejnym nawrocie zakupiony towar został mi zaoferowany jako doskonały pies myśliwski za astronomiczną sumę 50 zł czyli równowartość 8 piw. Widać strażnicy chcieli na mnie zrobić doskonały interes. Do kanału portowego było 15 metrów, wziąłem więc do ręki kawałek kija i z rozkazem „Tarzan aport" rzuciłem go na wodę. W psa jakby piorun strzelił. Obwisły łeb, cielęcy wzrok i ogólny platfusowaty widok chudego jak deska psa znikł jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Pies zjechał w sekundzie po kilkumetrowym betonowym pirsie do wody i lamentując płynął jak ścigacz do unoszącego się na falach kija. Chwycił go w pysk i po paru sekundach siedział przy mnie oddając delikatnie aport.
-Kupuję- zadecydowałem mimo protestów strażników że cena jest za niska.
Tak też Tarzan zmienił właściciela
.Miałem z nim jeden kłopot, nigdzie nie dawał się zamknąć. Za to aportował wszystko i prawie z każdego miejsca. Rzucony na słomianą strzechę stodoły patyk przynosił bez problemu skacząc najpierw na wóz, potem na kurnik a stamtąd na dach. Gdy wozu nie było lazł po drabinie jak wykwalifikowany strażak. Przywołać szybko do siebie można go było w jeden, jedyny sposób. Wpadłem na to zupełnie przypadkowo gdy jadąc rowerem zadzwoniłem dzwonkiem. Tarzan wyskoczył z młodnika i zaczął biec z nosem przy rowerowej ośce. Dwa dzwonki i pies zaczynał okładać młodniki. Siwy widząc to stwierdził lakonicznie
 - szkolony pierun-.
Jakie szkoły kończył nigdy nie doszliśmy.
Jechałem w końcu sierpnia leśnym duktem rowerem, pies biegł obok. Nagle skoczył w bok i prawie jednocześnie dał się słyszeć bek dławionego kozła. Zanim zeskoczyłem z roweru i dobiegłem było po wszystkim.
Wspaniały szóstak wiszący na wnyku był już zadławiony. Potężne parostki, pięknie uperlone, wspaniale ubarwione z błyszczącymi odnogami, zmarnowane wiszące ma wnyku i to w obwodzie Siwego. Nie było rady, trzeba było się brać za patroszenie. Kiedy kończyłem patroszyć stanął przede mną Siwy.
-         Zobaczyłem rower na ścieżce - wyjaśnił - z pola jedziemy.
Podszedł do kozła i oglądał nie łeb a stalową linkę wiszącą na krzaku jakby była jakąś osobliwością. Nie odzywał się ani słowa, ja zresztą też.
Popatrzyłem na niego z wyrzutem, to było dla Siwego chyba gorsze niż normalny zdrowy „opieprz".
-Chycę go, zobaczy Pan, niech ino śniegu przysypie - wycedził przez zaciśnięte zęby. Zabrał kozła na plecy i zaniósł na wóz, którym jechał z żoną. Minęło parę miesięcy, przyszła zima. Któregoś dnia zatelefonował Siwy że ma na rzepaku chorą kozę. Kazałem mu ją dostrzelić i odstawić do skupu. Minęło dwa dni, spadł duży śnieg, mróz stężał.
 Było to 4 stycznia 1973 roku.
Rano koło 8-ej psy zaszczekały a po chwili posłyszałem piszczący pedał roweru Siwego i stukanie do drzwi. Wszedł Siwy. Był dziwnie wesoły, dawno go takim nie widziałem.
Popił czy co - pomyślałem sobie po przywitaniu się.
-Stało się coś? - zapytałem.
-Nic pilnego panie kierowniku ino Gruby na nas czeka - rzekł z tym swoim uśmiechem.
Nie rozumiałem. Gruby był najinteligentniejszym wnykarzem - tym który schwytał nam wspaniałego rogacza. Mieszkał na samym końcu rewiru Siwego, był więc trudny do upilnowania.
-Jak to czeka? - zapytałem.
-Ano normalnie, siedzi i czeka, zobaczy pan. Ubierz się pan ciepło bo zimno pierońskie - dodał.
Byliśmy już wtedy zmotoryzowani i po paru minutach jechaliśmy Żukiem na spotkanie z Grubym. Siwy milczał, ja też - wszystko zaraz się miało wyjaśnić. Skręciliśmy z szosy w las w stronę wsi gdzie mieszkał Gruby.
 Ki diabeł... pomyślałem, do chałupy jego jedziemy?
Ale zaraz skręciliśmy w prawo i trzeba było stanąć, bo śniegu było sporo. Przeszliśmy może 500 metrów i wyszliśmy na małą górkę.
-         Patrz pan tam - wskazał ręką Siwy.
Stanęliśmy na wzniesieniu skąd widać było wyraźnie mały młodnik a raczej remizkę i wyraźny ludzki widoczny w świeżym śniegu ślad ponad ścianą młodnika. Spojrzałem pytająco na Siwego.
-Gruby śłakował - wyjaśnił lakonicznie.
- Zaraz se z nim pogadamy - dodał. Milczałem.
-Widzi pan te brzózkę co się zgięła? - zapytał.
Po dłuższym wpatrywaniu się przez lornetkę dojrzałem, że jedno z drzewek jest nienaturalnie zgięte wierzchem do dołu. Nic jednak nie rozumiałem.
Ruszyliśmy w dół, weszliśmy na ślad Grubego i idąc w piętę czyli w przeciwnym kierunku doszliśmy do miejsca gdzie Gruby „ślakując" zamknął ślad dookoła młodnika. Trop wiódł w środek remizki. Weszliśmy. Ścieżka miała może 20 kroków. Szedłem pierwszy. Widać było kiepsko bo śnieg ponaginał stojące obok drzewka zasłaniając tu i ówdzie ścieżkę. W pewnym momencie ścieżka doszła do maleńkiej polanki. Jeszcze krok i stanąłem na jej skraju. Widoku jaki zobaczyłem w ten styczniowy ranek nie zapomnę do końca życia. Jakieś pięć, sześć metrów przede mną złapany za nogę w potężne barkowy potrzask przymocowany łańcuchem do dwóch drzewek leżał człowiek. Wisząca we wnyku koza przygięła swoim ciężarem młodą brzozę, która zwisała dokładnie nad złapanym w potrzask kłusownikiem.
Trwało to wszystko sekundę może dwie. Wiedziałem już wszystko.
 Siwy czekał na śnieg. Dostrzelił kozę i powiesił ją we wnyku Grubego. Pod wnykiem zastawił barkowe żelazo owijając przemyślnie spiłowane brzegi szczęk workiem aby nie strzaskały i nie ucięły ofierze nogi. Śnieg przysypał wszystko maskując zasadzkę. W nocy
Gruby poszedł sprawdzić wnyki. Obszedł młodnik, zobaczył schyloną brzozę i poszedł zdjąć zdobycz. Widziałem go w myślach jak podchodzi do zdobyczy, jak wyciąga po nią rękę i wtedy wdepnął. Trzask zamykającego się żelaza,wrzask ofiary, piekielny ból i łowca sam stał się zwierzyną.
Siwy nie poprzestał na tym. Klucz do otwierania żelazaprzywiązał na sznurku tuż obok, ale Grubemu zabrakło dosłownie 10 cm aby go dosięgnąć. Próbował go dosięgnąć ale nie zdołał. Nie mógł też ruszyć się z miejsca, gdyż żelazo było przymocowane na środku łańcucha rozpiętego między dwoma drzewami.
Grubego, a właściwie jego nogę uratował gruby kostur, który kłusownik nosił ze sobą. Jego okuta część została przytrzaśnięta potrzaskiem co zamortyzowało uderzenie szczęk. Otworzyć jednak żelaza bez klucza nie dało się, a każdy ruch mógł spowodować domknięcie się szczęk. Gruby dobrze o tym wiedział, fachowcem był przecież doskonałym. Nosił wilk razy kilka ponieśli i wilka.
Siedział teraz skulony, siny z zimna i czekał na wyrok.
Stałem zdębiały, kiedy Siwy wyszedł do przodu. Powoli zdjął z ramienia broń, sycił się zemstą, cieszył się, smakował. Wreszcie go miał, tak jak chciał, jak zapowiedział. Trzask łamanej broni sprowadził mnie na ziemię. Siwy złamał broń i wsunął do komory jeden ładunek. Gruby szarpnął się w potrzasku.
-Módl się psie, ostatnia twoja godzina wybiła - wycedził podnosząc broń do oka Siwy.
 - Lisy cię rozbiorą, resztę się zakopie, był Gruby, nie ma Grubego – dokończył - i zabrzmiało to jak wyrok.
Odepchnąłem Siwego w bok, wyrwałem mu strzelbę złamałem, wyrzuciłem w śnieg ładunek.
-         Zwariowałeś chłopie - wybuchnąłem - człowieka chcesz zamordować. Do kryminału chcesz iść.
Spojrzał na mnie tak aż mi ciarki przeszły po plecach i rzekł patrząc mi prosto w oczy tym swoim wzrokiem.
-Miętkiś pan jest panie kierowniku, tutaj nigdy nie będzie porządku na tym Ośrodku-.
Wyciągnij go pan, trzeba go odwieść do lekarza - zadysponowałem.
-Najpierw kozę trzeba zdjąć z oka - zdecydował.
Nie protestowałem, siadłem w śnieg i zapaliłem papierosa.
Siwy zdjął kozę, odciął nożem klucz i otworzył żelazo. Szczęknęło wypuszczając uwięzioną nogę. Gruby nie mógł iść. Jakoś zanieśliśmy go do Żuka, nic protestował, jemu też puściły nerwy, trząsł się jak galareta.
Odwieźliśmy Grubego do domu, nie chciał jechać do lekarza. Swoją wyprawą przepłacił kalectwem: pękniętą kością i odmrożeniem palców. Spotkałem go po latach jak szedł kulejąc ulicą w N. Odwrócił się do szyby wystawowej udając, że mnie nie widzi. Przegrał i było mu wstyd.
Odwożąc pamiętnego dnia Grubego, zapytałem Siwego jeszcze w aucie.
-         Nie boi się pan że pana podpalą?
Siwy spojrzał na mnie drwiąco jakbym go rozbawił i odwracając się do Grubego powiedział i zabrzmiało to jak groźba.
-Gruby ten to ma chałupę, to się będzie dopiero paliło-.
Po wielu latach, kiedy wróciłem w okolice N, Siwy był pierwszym który złożył mi wizytę. Skąd wiedział, że wróciłem nie wiem. Przegadaliśmy całą noc, było o czym.
 

2012-02-01 19:56:56
cofnij powrót
Copyright © by Andrzej Szeremet 2009. All rights reserved. Odwiedzin od 1.03.2009 - 898762
powered by A-NET bielsko